Podczas lotu powrotnego z Brukseli, kiedy za oknem widać tylko czubki najwyżej położonych chmur, postanowiłem zapisać całe podsumowanie na temat tego wyjazdu.
Całość wycieczki zaczęła się bardzo męcząco – ok 2 godzin jazdy busem na lotnisko w Pyrzowicach, następnie ok 2 godzin spędzonych na lotniku na odprawach i oczekiwaniu na lot. Po oczekiwaniu nastąpiła chwila niesamowitego ożywienia – lot. Każdemu kto lubi nowe doznania polecam polatanie. Ciężko opisać wszystkie wrażenia i emocje, związane z tym teoretycznie prostym doznaniem, ale jednak wpływu wiatru na wielki samolot lecący kilka kilometrów nad ziemią czy sporych przeciążeń związanych ze startem i lądowaniem samolotu po prostu nie można zignorować.
Po przylocie znów czekało nas oczekiwanie na autobus, zawożący nas do Brukseli (ok 1,5 godziny jazdy). Po przyjeździe autobusem do Brukseli (opisałbym widoki podczas podróży, ale spałem jak zabity) musieliśmy tylko odnaleźć naszą stację metra i trafić do apartamentów. Tutaj małe zboczenie z tematu. Metro. Wcześniej niedoceniany przeze mnie środek transportu, jednak po spędzonym tygodniu w tak dużym mieście stwierdzam iż jest to najlepszy środek transportu miejskiego jaki wymyślił człowiek. Nigdy nie zdarzyło się żeby trzeba było czekać na metro (maksymalny teoretyczny czas oczekiwania na stacji to 10 minut, jednak nigdy nam się tak nie zdarzyło), a prędkość samego pociągu i częstość stacji wykluczyła konieczność korzystania z autobusów, co w gąszczu aut Brukseli byłoby co najmniej spowalniające.
Nasze apartamenty to najbardziej luksusowe miejsce w jakim spędzałem czas za granicą. Niesamowicie dużo przestrzeni, 2 łazienki, 2 ubikacje, gigantyczna i świetnie wyposażona kuchnia, no i własny router + wielki telewizor (ani razu nie włączony.. cóż, informatycy). O wyżywieniu ciężko napisać cokolwiek bardziej kreatywnego. Śniadania i kolacje szykowaliśmy sobie sami w apartamentach, a obiady (przynajmniej poza czasem spędzonym na targach) jedliśmy w różnych restauracjach (przeważała tematyka Grecka, przez jakiś czas będę mieć uraz do Gyros).
Pierwszy dzień spędziliśmy dość leniwie. Zaczęło się od wyjazdu do Parlamentu Europejskiego. Szczerze mówiąc nie jestem zorientowany ani zaciekawiony w jakikolwiek sposób polityką, dlatego samo przeznaczenie budynku czy spotkania ze sławnymi ludzi specjalnie nie zrobiły na mnie wrażenia. Sam budynek był gigantyczny, powalał rozmachem i ochroną, przez jaką trzeba było się przebić aby chociaż zobaczyć co jest w środku. Drugą część dnia spędziliśmy rozkładając sprzęt na targach. Pierwsze złe wrażenie jakie odnieśliśmy, to nasze miejsce na targach. Wciśnięte w róg, ciasno otoczone (przynajmniej w teorii) innymi wystawcami, innymi słowy – nie napawające optymizmem. Problemy ze sprzętem to norma, więc nie ma nawet o czym pisać. Po wróceniu do apartamentu miała miejsce typowa biba informatyków (laptopy, yerba i muzyka do białego rana).
3 dni, począwszy od drugiego dnia pobytu w Brukseli (czyli od czwartku) minęły nam na wystawianiu projektów na targach, agresywnym rozpychaniu się na dostępnej dla nas przestrzeni wystawczej i opisywaniu w języku angielskim całości. Ogólnie wrażenie były mieszane. Dzień pierwszy minął bez jakiegokolwiek zainteresowania ludzi i Jury. Wszyscy przechodzili obojętnie obok stanowiska, jakby było technicznym zapleczem. W dniu drugim naprawiliśmy błędy dnia poprzedniego, wypchnęliśmy stanowisko do ludzi i wykorzystaliśmy bezczelnie fakt że wystawcy mający być obok nas się nie pojawili (zostawili tylko worek biomasy i plakat). Te poprawki sprawiły że w ciągu drugiego dnia odwiedziła nas niemal cała komisja Jury i spora ilość odwiedzających. Trzeci dzień minął raczej nudnawo, Jury się nie pojawiało, a odwiedzający przechodzili dość szybko, gdyż wystawców na sali nie brakowało. Czekaliśmy cierpliwie na wyniki, które miały się pojawić około godziny 17. I rzeczywiście, punkt 17 zostały ogłoszone wyniki i okazało się, iż dostaliśmy brązowy medal. Szybko jednak radość przemieniła się w zmęczenie i reszta dnia minęła nam na szukaniu okazji do przespania się.
W niedzielę odwiedziliśmy pociągiem Luksemburg. Miasto/państwo cokolwiek sympatyczne, jednak nie przykuwa uwagi niczym szczególnym. Ot, ciekawostka, małe na dobrą sprawę miasteczko, a ktoś zrobił z tego kraj. Dzień przydługawy i bardzo chłodny, najciekawszymi punktami wycieczki były obiad i kolacja ;).
Poniedziałek minął nam na krótkim zwiedzaniu Komisji Europejskiej i małej części Brukseli, po czym wieczorem zabraliśmy się za pakowanie, sprzątanie i oczywistą bibę z okazji zielonej nocy. Nie chcę się tu rozpisywać więcej, gdyż niektóre zdarzenia powinny pozostać tylko w głowach uczestników.
Wtorek wszyscy przyjęli z dużym zniechęceniem, ten tydzień był naprawdę przedni i nikomu nie chciało się wracać. Ale jak wiadomo, nic co dobre nie trwa wiecznie. Dlatego żegnam się z czytelnikami – do kolejnego wylotu (mam nadzieję że taki będzie – latanie jest naprawdę genialne :D).
Z wysoooka pozdrawia
Nekromancer
PS. Kilka zdjęć (może dorzucę więcej jak zdobędę ;))
Tu widzimy kunszt majstrów z Brukseli:
A tu nasz mały sukces:
